Kto bywał w Krakowie ten wie, że do niedawna lokal ten był istnym wehikułem czasu. Otwierało się drzwi i bzzzziuu lądowało się w oparach cepeliowskiego PRLu. W samym jego lakierowanym chemolakiem sercu.
Filuterne motywy kwiecia na ścianach, barze, arcyciężkich zydlach i ogólnie na każdej możliwej powierzchni. Na ludowo umajone panie kelnerki w hełmofonach z blond trwałej patrzące męczeńsko gdzieś w dal przy przyjmowaniu zamówienia. W kątku te same starsze panie plotkujące nad dawno wystygłą herbatką.
Taki klimacik.
Wyobraźcie sobie, Panmarek nie zginął zwęglony moim spojrzeniem, a nawet zrobił mi kilka zdjęć.
Szydełkowe kwiatki, które na podstawie moich kolorowych szkiców zrobiła Kasia z budki, tu i ówdzie podhaftowane.
o,te drobiazgi poniżej wyszyłam:
a megakwiat na plecach od samej Jareckiej,
a białe pyłki, to już z mojego dywanu.
Przyjmijmy że to kosmiczny pył, by nadać całej sprawie odrobiny transcendencji.
Przyjmijmy że to kosmiczny pył, by nadać całej sprawie odrobiny transcendencji.
























