Bo to się zwykle tak zaczyna, sam nie wiesz kiedy, jak i gdzie...
Miałam zabagnione DWA stoły w pracowni, więc zorganizowałam szybciuśko trzeci tymczasowy- pianka jako blat na wielkim tekturowym pudle.
Sprzątanie jak mało co wyzuwa mię z sił.
Poza tym JAK W GRECKIEJ TRAGEDII- co posprzątam , już, już niczym Syzyf witam się z gąską, a tu można zaczynać sobie spokojnie od nowa.
A tak, proszę bardzo: siadłam tyłem do bałaganu i zrobiłam nowy.
Już widzę, że trochę przefajnowałam- kulki na dziobie sprawiają, że forma się gubi, niepotrzebnie wyobla, mięknie. Pompony z dzioba-precz!
Problem natury stomatologiczno-protetyczny udało mi się rozwiązać dzięki białej modelinie. Widok podskakujących we wrzątku zębów- doprawdy był niezapomniany!
Cud Ołóweczek unaoczniający skalę- prezent od Joli po wspólnej włóczędze muzealnej.
A dziurki w zębach są pomocne przy wszywaniu uzębienia pod polarowe dziąsełko.
O prossszzz:
I wreszcie jest:
włochata, zadowolona z siebie, prehistoryczna kaczka.




















