Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistrzowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mistrzowie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 września 2022

Moi Mistrzowie- Jan Marcin Szancer

  Kochałam Szancera. Ba! Czas przeszły jest zupełnie nieadekwatny, kocham jego ilustracje nadal. Każda zmalowana przez niego strona jest jak drzwi - wprost do bajki. 

Matulu, jak on potrafił opowiadać obrazem! To był po prostu wgląd w równoległy świat, migawki z konkurencyjnego, bardziej wytwornego uniwersum. Urządzonego z pietyzmem po najdrobniejszy detal. Te smukłe, wdzięczne  postacie zastygłe w tanecznym pas. Te dziewuszki o niebywałej talii, malownicze sierotki jak z przenajzagraniczniejszego Vogue'a, piękne królewny, nader apetyczni rycerzykowie i książęta.

Królewna Śnieżka Marii Krüger

 Były i owszem postacie śmieszne, obsadzane przez poczciwych grubasów w solennych surdutach i wzorzystych kamizelkach, obszarpani poczochrańce, albo chudzi jak przecinek łysole, z wianuszkiem pierzastych włosów na potylicy. Eh...

Jan Marcin Szancer w 1935


 W swoich autobiograficznych książkach "Curriculum vitae" i "Teatrze cudów" Szancer wspomina, że ilustrowanie Baśni Andersena było dla niego odtrutką, mentalną ucieczką od czasów okupacji. Te motywy które znamy, to odtworzona, druga wersja. Pierwsza spłonęła razem z Warszawą i siedzibą Wydawcy.



 
Oglądałam tę książkę tak często, że okładka nabrała faktury zamszu. Nie umiałam jeszcze czytać, więc wymyślałam historie towarzyszące obrazkom.

Dziewczynka z zapałkami z Baśni Andersena



 Analizowałam, pieściłam wzrokiem każdy detal i chyba dzięki tym trzem spiczastym literkom, zaczęłam w swojej pięcioletniej głowie kumać, że istnieje taki zawód: ilustrator.



Pan Kleks Jana Brzechwy



Szelmostwa Lisa Witalisa Jana Brzechwy

Jak lekutko, mimochodem oddawał charakter postaci,

Ilustracja do Pinokia Carlo Collodiego

meblował wnętrza, dodawał uwiarygadniające scenę rekwizyty,

 ilustracja do książki Jakuba i Wilhelma Grimm Złota gąska 


pozwalał zobaczyć sceny z przeróżnych, zaskakujących perspektyw.



Latający kufer z Baśni Andersena
                                                                                     

Mało?

Tu znajdziecie skarbczyk z kilkudziesięcioma ilustrowanymi wpisami na temat Jana Marcina Szancera. Wśród nich, motywy z mniej znanych książek, jak np. chi chi Złota dzida Bolesława i całe serie świątecznych pocztówek Maestro  >>>to dla pamięci

a tu, na deser skopiowany artykuł Joanny Olech z Tygodnika Powszechnego 2002 pod znamiennym tytułem:




Król ilustratorów

JOANNA OLECH



Nie byłoby Jana Marcina Szancera – ilustratora stulecia, gdyby nie splot okoliczności. Jego rodzice wynajmowali mieszkanie znanemu krakowskiemu malarzowi, który popadł w finansowe tarapaty i nie mógł opłacać czynszu. W zamian zaoferował rodzicom Jana Marcina darmowe lekcje rysunku dla syna...  


W katalogu warszawskiego Muzeum Książki dla Dzieci fiszki z nazwiskiem Jana Marcina Szancera zapełniają całą szufladę. Najstarsza ze zilustrowanych przez niego książek to „Nasze miasto”, czytanka polska dla uczniów II klasy szkół powszechnych, wydana we Lwowie w roku 1935.
Dużo tu wizerunków dzieci, ale nie sposób dopatrzeć się w nich charakterystycznego stylu Szancera. Krępe postacie, ostrzyżone „na polkę”, w marynarskich kołnierzach, narysowane są giętką, organiczną kreską, poprawnie, ale anonimowo. Pod ilustracjami widnieje sygnatura js., a na stronie tytułowej Jan Szancer, żadnego Marcina... Z tego samego roku 1935 pochodzi inna lwowska książka z okładką Szancera, a mianowicie „Krysia i karabin” Jadwigi Gorzyckiej – zdumiewający dokument epoki, szmira patriotyczna, w której pojawia się młody Ziuk Piłsudski, Legioniści, Cud nad Wisłą... Pełno w niej „żołnierzy, bluzgających prawdą krwawą we wraże oczy molocha...” i bolszewików – „ludzkich bestii”. 

Spodnie w prążki

We wczesnych rysunkach Szancera widać dobrą międzywojenną szkołę ilustracji – kompozycyjną dyscyplinę i szlachetną prostotę, która miała źródło w ubogiej technice poligraficznej. Zaledwie cztery lata później dobiegający czterdziestki grafik zilustrował „Pokój na poddaszu” Wandy Wasilewskiej – podówczas redaktorki „Płomyka” i „Płomyczka”. W wydanej tuż przed wojną książce łatwo dostrzec metamorfozę – pojawiają się „szancerowscy” chłopcy w kraciastych maciejówkach, sznurowanych trzewikach i przykrótkich spodniach, którzy z czasem rozgoszczą się w jego ilustracjach na dobre. Podobnie wyglądał Kaj z „Królowej Śniegu”. Dziewczynka z „Pokoju na poddaszu” ma wdzięk kopenhaskiej Syrenki. Pozy i gesty stają się bardziej dekoracyjne, teatralne. 
Zabawnie jest śledzić wędrówkę rekwizytów u Szancera – pastuszek u Wasilewskiej ubrany został w charakterystyczny słomiany kapelusz z wstążką, wyglądający jak odwrócony do góry nogami grzyb „kurka”. Identyczny kapelusz dostanie 30 lat później „Miś Paddington”, w takim będą grzybobrali bohaterowie „Pana Tadeusza”. Szancer miał swoje konfekcyjne szlagiery – należą do nich spodnie, zawsze wąskie, często przykrótkie, w dużą, regularną kratę lub w prążek. Takie nosił też aktor Szot w ekranizowanej po wojnie „Awanturze o Basię”. 
W katalogu Muzeum jest jeszcze jeden tytuł ilustrowany przez Szancera, a mianowicie „Telewizja, czyli jak człowiek nauczył się widzieć na odległość”, z roku... 1936 (!!!). Niestety, nie sposób jej odnaleźć w księgozbiorze, prawdopodobnie zaginęła. 

Wojenne książeczki

Także i podczas okupacji niemieckiej w Polsce wydawano książeczki dla dzieci. Muzeum przechowuje kilka tytułów z ilustracjami Szancera – między innymi „Koziołeczka” wydanego przez Gebethnera i Wolffa w roku 1944. Czarno-białe, delikatnie prószone kolorem ilustracje są nowatorskie, syntetyczne, prostota wyraźnie służy grafikowi. Tekst natomiast z punktu widzenia dzisiejszej doktryny pedagogicznej zupełnie niepoprawny: 

Miała babuleńka rodu bogatego 
Miała koziołeczka bardzo upartego 
FIK MIK! MEE! 
Bardzo upartego. 
A ten koziołeczek był bardzo 
ROZPUSTNY 
Wyjadł babuleńce ogródek 
KAPUSTNY. 

Wzięła babuleńka kijaszka
MOCNEGO 
Zbiła koziołeczka bardzo 
UPARTEGO 
I wypędziła go na rozstajne 
DROGI 
Nie ma Koziołeczka, leżą tylko 
ROGI....


Na koniec cała wieś śmieje się z babuni opłakującej Koziołeczka... W książce tej pojawia się po raz pierwszy sygnatura jms. – odtąd stale obecna na rysunkach Szancera, aż do jego śmierci w roku 1973. 
Inna wojenna książka, wydane w roku 1943 „Przygody Tomka Sawyera”, dobrze obrazuje stosunek grafika do kostiumu. Szancer – erudyta i znawca tematu, ubrał swoich bohaterów w stroje amerykańskiego Południa z lat 70. XIX wieku, czyli dokładnie z epoki, w której książka została napisana, podczas gdy późniejsi ilustratorzy trzymali się stylistyki XX wieku, kiedy to „Tomek Sawyer” ukazał się w polskim tłumaczeniu. Tylko u Szancera Becky ma pantalony, anglezy, krynolinę i czepek, a Tomek chodzi w spencerku i płaskim słomkowym kapeluszu. Artysta znakomicie czuł klimat epoki, potrafił oddać szczegóły historycznych kostiumów – renesansowych w bajce „O krakowskim kocie”, rokokowych w „Pasterce i kominiarczyku”, fin de siecle’owych w „Zaczarowanym zaułku”. 

Styl szancerowski

Po wojnie ukształtował się na dobre łatwo rozpoznawalny styl szancerowski. Jego cechy to: śmiała kompozycja (nierzadko z ptasiej lub żabiej perspektywy, co jest niezwykle trudną sztuczką ilustratorską), kolorystyka (z przewagą brązów) i smukłe sylwetki bohaterów (długonodzy chłopcy i szczupłe, wielkookie dziewczyny). Nawet „Syn pułku” Walentina Katajewa (1951) został obdarzony przez ilustratora marzycielskim spojrzeniem i pełnymi wargami amanta. Niewiele prządek i traktorzystek sportretował Szancer w swojej graficznej karierze, a i one są nie dość krzepkie i piersiaste jak na ówczesne standardy. 


Elegancja szancerowskich postaci jest jawną kpiną z peerelowskiej siermięgi – jego bohaterów wyróżnia nie tylko strój, ale także powściągliwość gestów, wyrafinowany szyk przeniesiony z innej epoki. Nawet Pan Brown – opiekun wydanego w latach 70. „Misia Paddingtona” – to w interpretacji Szancera prawdziwy brytyjski konserwatysta. W meloniku i z parasolem, jest uosobieniem tradycyjnej brytyjskości i z pewnością nie głosuje na Labour Party. 

Zdumiewa u Szancera rozmach miejskich pejzaży. Czy to warszawskie Powiśle, czy paryski Montmartre, czy panorama krakowskiego Rynku z lotu ptaka – każda z tych scenerii ma swoją specyfikę i klimat, grafik sporządza niejako esencję architektonicznego stylu malując lekko i nonszalancko detal. Erudycja Szancera jest przedmiotem zazdrości wielu ilustratorów. Jego meble są stylowe, kostiumy – wyrafinowane, jego karoce są prawdziwie królewskie, każda tralka, gzyms i balkon noszą piętno epoki. 
Lektura życiorysu Szancera może wpędzić w kompleksy niejednego pracoholika: pisał bajki i felietony, rysował (przeszło 200 książek po minimum kilkanaście ilustracji każda – policz, kotku, ile to roboczogodzin?), projektował scenografie, dyrektorował, przewodniczył, był radnym, profesorem i prezesem... Stworzył rysunki „kanoniczne”, tak zespolone z tytułem, że nie dopuszczamy myśli, iż mogłyby być inne. Takie są ilustracje do „Pana Kleksa”, „Sierotki Marysi”, „Stalowego Jeża”... Niewielu śmiałków odważyło się podjąć wyzwanie Króla Ilustratorów. 

*

Jan Marcin Szancer urodził się przed wiekiem. Z tej okazji otwarto w Warszawie wystawę prac artysty. Wszystkie eksponowane ilustracje przeznaczone są na sprzedaż i osiągają ceny od 2500 do 6000 złotych. Blisko połowę zakupiono już podczas wernisażu. Wystawie towarzyszy ładnie wydany katalog. Są tu najsłynniejsze prace – od „Pana Tadeusza” poczynając, poprzez „Pinokia” i „Gelsomina w kraju kłamczuchów”, na „Podróżach Guliwera” kończąc. Jest niezwykle piękna ilustracja z Adasiem Niezgódką stojącym na progu Akademii – pośród wypchanych ptaków. 
Poczta Polska ufundowała tablicę pamiątkową, która zawiśnie na kamienicy, gdzie mieszkał artysta. Odlano w brązie autoportret Jana Marcina Szancera – łysiejący pan z ptasim nosem wygląda zupełnie jak dozorca Weronik, niezastąpiony pomocnik Ambrożego Kleksa. Tak właśnie go sobie wyobrażam: swojski, przyjazny starszy pan, nigdy nie widziany dobry znajomy, niezawodny towarzysz mojego dzieciństwa.



Tablica pamiątkowa na ulicy Karowej w Warszawie


Muzeum Żydowskie Galicja w Krakowie
 zorganizowało wystawę
"Szancer, wyobraź sobie". Wystawa odwiedziła już kilka polskich i amerykańskich ośrodków kultury, na 20września planowane jest otwarcie w Grybowie pod Nowym Sączem, w październiku można będzie zobaczyć tę ekspozycję w Starachowicach.
I krąży dalej, bo można ją wypożyczyć >>>klik

Kilka dni temu miałam przyjemność poprowadzić towarzyszące tej wystawie
klik, klik>>>warsztaty z dziećmi w pięknej bibliotece w Bieczu.



piątek, 16 lipca 2021

Moi Mistrzowie- Józef Wilkoń

Przegrzebuję blogowe trzewia, przeglądam archiwum- czy to możliwe, że w cyklu moi Mistrzowie nie było jeszcze Józefa Wilkonia? No, nie było. Słuchajcie, do 22 lipca trwa wystawa >>> w Zakopanem , a do 5 września w Krakowie i okolicach można oglądać trzy ekspozycje rzeźb i prac malarskich >>> "ZWIERZYNIEC KRÓLEWSKI"
Podpis: jak wirus tak, to ja tak. Mutujemy. Ciekawe, bo ja tak od 65 lat. Mutowałem. 9.I.2021 r. ...................................................................................................... Są prace z tego roku, są nieśmiertelne przeboje sprzed dekad, można też zobaczyć kilka bardzo ciekawych juveniliów, z lat pięćdziesiątych. ................................................................................................... Nie wiem, jak z ocynkowanej blachy, materiału bezpłciowo sztywnego, ciężkiego, o kaleczacych krawędziach, można stworzyć taką rozmaitość finezyjnych form. Maestro z arkuszami metalu bawi się z taką lekkością, jak by to była kartka papieru.
Puncuje blachę z jednej i drugiej strony żeby oddać fakturę rybich łusek,
bezceremonialnie maluje po metalu sprayem, wykorzystuje zmatowienie, liszajowatość materiału albo rdzę żeby oddać omszałość głębinowych ryb.
Potrafi za każdym razem inaczej wyeksponować oko, i o matko i córko -pokazać nawet półrzezroczystość rybich płetw.
To co robi siekierą i piłą mechaniczną z gigantycznymmi balami drewna, też ociera się o czary ( tu foty z plenerowej pracowni, zobaczcie, jaka to skala) , niby ten sam wyjściowy materiał, a widać wyraźnie lśnienie sierści pantery i puchatość sowy i szorstkość dzikiej świni. Zwierzęta są tak naturalnie złapane w ruchu, pozie, że ma się wrażenie, że znieruchomiały tylko na chwilę i zaraz ruszą gdzieś w swoich sprawach. No i ta skala!
Trzy ostatnie foty spod Zamku w Pieskowej Skale, poniżej Wawelskie Ogrody.
Widziałam wszystkie 3 wystawy "Zwierzyńca królewskiego" i mówię Wam, zróbcie sobie przyjemnośc, jedźcie zobaczyć Wilkonie!
-malarski warsztat Józefa Wilkonia << klik, tu link do filmu, gdzie można zobaczyc Maestro w akcji.

sobota, 28 maja 2016

Mój mistrz Adolf Born 1930- 2016













Adolf  Born "Všichni sloni v orchestru"

Adolf Born finezyjny żartowniś, majster-grafik, rysownik, twórca kostiumów teatralnych ,  filmów animowanych,  czołówek filmowych, jeden z najukochańszych moich ilustratorów- zobaczcie:


Adolf Born "Trzech Muszkieterów"


Adolf Born "Dopis Darvinovi"


Adolf Born "San Marco"


Adolf Born " Na łowach"

Adolf Born "Pozdrav Ezopovi"

Adolf Born- projekt kostiumów teatralnych

Adolf Born projekt kostiumów teatralnych

Adolf Born projekt kostiumów teatralnych- zły czarownik z Kota w butach
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Adolf Born
Tacy ludzie nie powinni umierać 22 maja 2016\roku, ani w żaden inny dzień.
To powinno być ustawowo zabronione!

W Polsce, Media Rodzina wydała dwie książki z jego ilustracjami - arcytłuściutkie 500 stronicowe wydanie >>>Baśni braci Grimm i klik, klik>>> Bajki La Fontaina


środa, 14 października 2015

Moi Mistrzowie

Juliusz Joniak- mój profesor malarstwa.
Zobaczcie- sama radość, afirmacja, prozac dla oczu.
Ma się ochotę zamieszkać w tych obrazach i grzać  w blasku koloru.
Bardzo był- i w tym co robił, i  w tym co mówił- przekonujący, dlatego w świat poszło dużo uczniów.  Joniaczków.
I ja wśród nich sobie drepczę.

Juliusz Joniak

Co dwa lata mniej więcej, Profesor pokazuje nową, WIELKĄ wystawę w krakowskim Pałacu Sztuki .
Wychodzę zawsze na rauszu, jak po dobrym szampanie. Profesor jak zawsze nieskazitelnie dżentelmeński, dowcipny, stoicko znosi umizgi rozochoconych joniaczków i wielbicieli.

Juliusz Joniak



Andrzej Fornelski- profesor od rysunku. Cudowna mieszanka nieśmiałości introwertyka połączonej z pasją uczenia. Przesympatyczny, zawsze potargany, w traperkach, ze smugą węgla na policzku i zsuwającymi się grubymi okularami. 
Andrzej Fornelski

Korekty nanoszone przez Fornela w szale uniesień  były błyskawiczne i obezwładniająco bezbłędne. 
Andrzej Fornelski

Nie chcieliśmy go puścić na emeryturę. 
Podobno, kiedy był bardzo już chory, w malignie, robił jeszcze nam- młodym osłom korekty.


A >>> TU, jak ktoś ciekawy, wspomnienie o nauczycielach z czasu podstawówy i liceum.

Nauczycieli, których szczerze się kocha i podziwia życzę tym, którzy jeszcze chodzą do szkoły. A zresztą, nie będziemy tu miareczkować. 
Takich Nauczycieli życzę nam wszystkim!