wtorek, 22 listopada 2022

Historyjka obrazkowa

 Gdzieś tam , w świecie równoległym dryfuje sobie właśnie nasionko dmuchawca.














Właściwie, ta historyjka jest zapętlona, można ją opowiadać od początku, albo od końca, nomen omen w dmuchawcowe kółko. To moja malarska  odpowiedź na tegoroczne motto pleneru w Zwierzyńcu, organizowanego przez BWA w Zamościu.
"Ziemia i ja- z jednego jesteśmy Ducha"
Czy powiedział to Józef- wódz Indian Nez Perce, czy napisał tłuszcząc klawiaturę  jakiś europejski Coelho, nie wiadomo. Ale pomalować można. 

Bądźcie zdrowi.

a na Instagramie można zobaczyć 3 filmiki, jak malowałam te obrazki >>> klik!

środa, 16 listopada 2022

Drzewa

 Nikt tego nie zamawiał, nikt na to nie czeka , no ale czy to jest powód, żeby nie pomalować sobie? 









Podobno cherubem będąc, leżącym, wózkowym, zanim jeszcze nad poziomy zaczęłam wylatać, mogłam całymi kwadransami, z dużym napięciem wpatrywać się w gałęzie  i liście. 

piątek, 28 października 2022

Ile zwierząt widzisz na obrazku?

Ile zwierząt widzisz na obrazku?

To ilustracja z najnowszego tomu "Pan Kuleczka Niespodzianki", który będziemy podpisywać z Autorem Wojciechem Widłakiem na krakowskich Targach Książki w sobotę 29.X między 13:00 a 14:00 na stoisku Media Rodziny w Hali Wisła na stoisku D28. Przybywajcie!


A! A >>>tu fotoreportażyk z warsztatów kuleczkowych

czwartek, 13 października 2022

Biuletyn jesienny

 Tak się ta przyroda wybarwia, kokosi, stroi, że na ostatni spacer do lasu przygotowałam sobie taki outficik...



...no bo w końcu co, kurczę blade!












Zahipnotyzowany człowiek porzuca warsztat pracy i idzie gdzieś w pole i  wraca z bazylionem zdjęć, uśmiechem wioskowego głupka i umazanymi błotem butami. 


Albo dodatkowo z zebraną w dziczy reklamówką orzechów włoskich.  Na przykrytych liśćmi ścieżkach jedzie się na tych orzechach jak na wrotkach. 
Szuranie w suchych, butwiejących  liściach i ten  luby stukot, kiedy do coraz cięższej siatki wpada kolejny orzeszek. Taaak, jesień ma swoje uroki, wie o tym też autorka Alicja Krzanik i Miesięcznik Świerszczyk:




Jeśli czyjeś jesienne ścieżki prowadzą do Radomia, zapraszam do świeżo wyremontowanej Kamienicy Deskurów- róg Rynku i ulicy Rwańskiej, gdzie prezentowana jest zbiorowa wystawa prac absolwentów Liceum im. Jana Kochanowskiego, do którego het, dawno temu, za górami, za lasami chodziłam.
fot. Stanisław Zbigniew Kamieński


Te cztery maluszki w lewym dolnym rogu to wyszywane oryginały. 
Każdy w formacie A4.

Dużo jeździłam ostatnio na spotkania z dziećmi - relację znajdziecie >>>TU.

A niedługo w Krakowie:


No i Targi Książki w Krakowie! Będziemy razem z Wojciechem Widłakiem czekać na kulkofilów na stoisku Media Rodziny w sobotę 29.X.2022 od godziny 13:00

sobota, 17 września 2022

Moi Mistrzowie- Jan Marcin Szancer

  Kochałam Szancera. Ba! Czas przeszły jest zupełnie nieadekwatny, kocham jego ilustracje nadal. Każda zmalowana przez niego strona jest jak drzwi - wprost do bajki. 

Matulu, jak on potrafił opowiadać obrazem! To był po prostu wgląd w równoległy świat, migawki z konkurencyjnego, bardziej wytwornego uniwersum. Urządzonego z pietyzmem po najdrobniejszy detal. Te smukłe, wdzięczne  postacie zastygłe w tanecznym pas. Te dziewuszki o niebywałej talii, malownicze sierotki jak z przenajzagraniczniejszego Vogue'a, piękne królewny, nader apetyczni rycerzykowie i książęta.

Królewna Śnieżka Marii Krüger

 Były i owszem postacie śmieszne, obsadzane przez poczciwych grubasów w solennych surdutach i wzorzystych kamizelkach, obszarpani poczochrańce, albo chudzi jak przecinek łysole, z wianuszkiem pierzastych włosów na potylicy. Eh...

Jan Marcin Szancer w 1935


 W swoich autobiograficznych książkach "Curriculum vitae" i "Teatrze cudów" Szancer wspomina, że ilustrowanie Baśni Andersena było dla niego odtrutką, mentalną ucieczką od czasów okupacji. Te motywy które znamy, to odtworzona, druga wersja. Pierwsza spłonęła razem z Warszawą i siedzibą Wydawcy.



 
Oglądałam tę książkę tak często, że okładka nabrała faktury zamszu. Nie umiałam jeszcze czytać, więc wymyślałam historie towarzyszące obrazkom.

Dziewczynka z zapałkami z Baśni Andersena



 Analizowałam, pieściłam wzrokiem każdy detal i chyba dzięki tym trzem spiczastym literkom, zaczęłam w swojej pięcioletniej głowie kumać, że istnieje taki zawód: ilustrator.



Pan Kleks Jana Brzechwy



Szelmostwa Lisa Witalisa Jana Brzechwy

Jak lekutko, mimochodem oddawał charakter postaci,

Ilustracja do Pinokia Carlo Collodiego

meblował wnętrza, dodawał uwiarygadniające scenę rekwizyty,

 ilustracja do książki Jakuba i Wilhelma Grimm Złota gąska 


pozwalał zobaczyć sceny z przeróżnych, zaskakujących perspektyw.



Latający kufer z Baśni Andersena
                                                                                     

Mało?

Tu znajdziecie skarbczyk z kilkudziesięcioma ilustrowanymi wpisami na temat Jana Marcina Szancera. Wśród nich, motywy z mniej znanych książek, jak np. chi chi Złota dzida Bolesława i całe serie świątecznych pocztówek Maestro  >>>to dla pamięci

a tu, na deser skopiowany artykuł Joanny Olech z Tygodnika Powszechnego 2002 pod znamiennym tytułem:




Król ilustratorów

JOANNA OLECH



Nie byłoby Jana Marcina Szancera – ilustratora stulecia, gdyby nie splot okoliczności. Jego rodzice wynajmowali mieszkanie znanemu krakowskiemu malarzowi, który popadł w finansowe tarapaty i nie mógł opłacać czynszu. W zamian zaoferował rodzicom Jana Marcina darmowe lekcje rysunku dla syna...  


W katalogu warszawskiego Muzeum Książki dla Dzieci fiszki z nazwiskiem Jana Marcina Szancera zapełniają całą szufladę. Najstarsza ze zilustrowanych przez niego książek to „Nasze miasto”, czytanka polska dla uczniów II klasy szkół powszechnych, wydana we Lwowie w roku 1935.
Dużo tu wizerunków dzieci, ale nie sposób dopatrzeć się w nich charakterystycznego stylu Szancera. Krępe postacie, ostrzyżone „na polkę”, w marynarskich kołnierzach, narysowane są giętką, organiczną kreską, poprawnie, ale anonimowo. Pod ilustracjami widnieje sygnatura js., a na stronie tytułowej Jan Szancer, żadnego Marcina... Z tego samego roku 1935 pochodzi inna lwowska książka z okładką Szancera, a mianowicie „Krysia i karabin” Jadwigi Gorzyckiej – zdumiewający dokument epoki, szmira patriotyczna, w której pojawia się młody Ziuk Piłsudski, Legioniści, Cud nad Wisłą... Pełno w niej „żołnierzy, bluzgających prawdą krwawą we wraże oczy molocha...” i bolszewików – „ludzkich bestii”. 

Spodnie w prążki

We wczesnych rysunkach Szancera widać dobrą międzywojenną szkołę ilustracji – kompozycyjną dyscyplinę i szlachetną prostotę, która miała źródło w ubogiej technice poligraficznej. Zaledwie cztery lata później dobiegający czterdziestki grafik zilustrował „Pokój na poddaszu” Wandy Wasilewskiej – podówczas redaktorki „Płomyka” i „Płomyczka”. W wydanej tuż przed wojną książce łatwo dostrzec metamorfozę – pojawiają się „szancerowscy” chłopcy w kraciastych maciejówkach, sznurowanych trzewikach i przykrótkich spodniach, którzy z czasem rozgoszczą się w jego ilustracjach na dobre. Podobnie wyglądał Kaj z „Królowej Śniegu”. Dziewczynka z „Pokoju na poddaszu” ma wdzięk kopenhaskiej Syrenki. Pozy i gesty stają się bardziej dekoracyjne, teatralne. 
Zabawnie jest śledzić wędrówkę rekwizytów u Szancera – pastuszek u Wasilewskiej ubrany został w charakterystyczny słomiany kapelusz z wstążką, wyglądający jak odwrócony do góry nogami grzyb „kurka”. Identyczny kapelusz dostanie 30 lat później „Miś Paddington”, w takim będą grzybobrali bohaterowie „Pana Tadeusza”. Szancer miał swoje konfekcyjne szlagiery – należą do nich spodnie, zawsze wąskie, często przykrótkie, w dużą, regularną kratę lub w prążek. Takie nosił też aktor Szot w ekranizowanej po wojnie „Awanturze o Basię”. 
W katalogu Muzeum jest jeszcze jeden tytuł ilustrowany przez Szancera, a mianowicie „Telewizja, czyli jak człowiek nauczył się widzieć na odległość”, z roku... 1936 (!!!). Niestety, nie sposób jej odnaleźć w księgozbiorze, prawdopodobnie zaginęła. 

Wojenne książeczki

Także i podczas okupacji niemieckiej w Polsce wydawano książeczki dla dzieci. Muzeum przechowuje kilka tytułów z ilustracjami Szancera – między innymi „Koziołeczka” wydanego przez Gebethnera i Wolffa w roku 1944. Czarno-białe, delikatnie prószone kolorem ilustracje są nowatorskie, syntetyczne, prostota wyraźnie służy grafikowi. Tekst natomiast z punktu widzenia dzisiejszej doktryny pedagogicznej zupełnie niepoprawny: 

Miała babuleńka rodu bogatego 
Miała koziołeczka bardzo upartego 
FIK MIK! MEE! 
Bardzo upartego. 
A ten koziołeczek był bardzo 
ROZPUSTNY 
Wyjadł babuleńce ogródek 
KAPUSTNY. 

Wzięła babuleńka kijaszka
MOCNEGO 
Zbiła koziołeczka bardzo 
UPARTEGO 
I wypędziła go na rozstajne 
DROGI 
Nie ma Koziołeczka, leżą tylko 
ROGI....


Na koniec cała wieś śmieje się z babuni opłakującej Koziołeczka... W książce tej pojawia się po raz pierwszy sygnatura jms. – odtąd stale obecna na rysunkach Szancera, aż do jego śmierci w roku 1973. 
Inna wojenna książka, wydane w roku 1943 „Przygody Tomka Sawyera”, dobrze obrazuje stosunek grafika do kostiumu. Szancer – erudyta i znawca tematu, ubrał swoich bohaterów w stroje amerykańskiego Południa z lat 70. XIX wieku, czyli dokładnie z epoki, w której książka została napisana, podczas gdy późniejsi ilustratorzy trzymali się stylistyki XX wieku, kiedy to „Tomek Sawyer” ukazał się w polskim tłumaczeniu. Tylko u Szancera Becky ma pantalony, anglezy, krynolinę i czepek, a Tomek chodzi w spencerku i płaskim słomkowym kapeluszu. Artysta znakomicie czuł klimat epoki, potrafił oddać szczegóły historycznych kostiumów – renesansowych w bajce „O krakowskim kocie”, rokokowych w „Pasterce i kominiarczyku”, fin de siecle’owych w „Zaczarowanym zaułku”. 

Styl szancerowski

Po wojnie ukształtował się na dobre łatwo rozpoznawalny styl szancerowski. Jego cechy to: śmiała kompozycja (nierzadko z ptasiej lub żabiej perspektywy, co jest niezwykle trudną sztuczką ilustratorską), kolorystyka (z przewagą brązów) i smukłe sylwetki bohaterów (długonodzy chłopcy i szczupłe, wielkookie dziewczyny). Nawet „Syn pułku” Walentina Katajewa (1951) został obdarzony przez ilustratora marzycielskim spojrzeniem i pełnymi wargami amanta. Niewiele prządek i traktorzystek sportretował Szancer w swojej graficznej karierze, a i one są nie dość krzepkie i piersiaste jak na ówczesne standardy. 


Elegancja szancerowskich postaci jest jawną kpiną z peerelowskiej siermięgi – jego bohaterów wyróżnia nie tylko strój, ale także powściągliwość gestów, wyrafinowany szyk przeniesiony z innej epoki. Nawet Pan Brown – opiekun wydanego w latach 70. „Misia Paddingtona” – to w interpretacji Szancera prawdziwy brytyjski konserwatysta. W meloniku i z parasolem, jest uosobieniem tradycyjnej brytyjskości i z pewnością nie głosuje na Labour Party. 

Zdumiewa u Szancera rozmach miejskich pejzaży. Czy to warszawskie Powiśle, czy paryski Montmartre, czy panorama krakowskiego Rynku z lotu ptaka – każda z tych scenerii ma swoją specyfikę i klimat, grafik sporządza niejako esencję architektonicznego stylu malując lekko i nonszalancko detal. Erudycja Szancera jest przedmiotem zazdrości wielu ilustratorów. Jego meble są stylowe, kostiumy – wyrafinowane, jego karoce są prawdziwie królewskie, każda tralka, gzyms i balkon noszą piętno epoki. 
Lektura życiorysu Szancera może wpędzić w kompleksy niejednego pracoholika: pisał bajki i felietony, rysował (przeszło 200 książek po minimum kilkanaście ilustracji każda – policz, kotku, ile to roboczogodzin?), projektował scenografie, dyrektorował, przewodniczył, był radnym, profesorem i prezesem... Stworzył rysunki „kanoniczne”, tak zespolone z tytułem, że nie dopuszczamy myśli, iż mogłyby być inne. Takie są ilustracje do „Pana Kleksa”, „Sierotki Marysi”, „Stalowego Jeża”... Niewielu śmiałków odważyło się podjąć wyzwanie Króla Ilustratorów. 

*

Jan Marcin Szancer urodził się przed wiekiem. Z tej okazji otwarto w Warszawie wystawę prac artysty. Wszystkie eksponowane ilustracje przeznaczone są na sprzedaż i osiągają ceny od 2500 do 6000 złotych. Blisko połowę zakupiono już podczas wernisażu. Wystawie towarzyszy ładnie wydany katalog. Są tu najsłynniejsze prace – od „Pana Tadeusza” poczynając, poprzez „Pinokia” i „Gelsomina w kraju kłamczuchów”, na „Podróżach Guliwera” kończąc. Jest niezwykle piękna ilustracja z Adasiem Niezgódką stojącym na progu Akademii – pośród wypchanych ptaków. 
Poczta Polska ufundowała tablicę pamiątkową, która zawiśnie na kamienicy, gdzie mieszkał artysta. Odlano w brązie autoportret Jana Marcina Szancera – łysiejący pan z ptasim nosem wygląda zupełnie jak dozorca Weronik, niezastąpiony pomocnik Ambrożego Kleksa. Tak właśnie go sobie wyobrażam: swojski, przyjazny starszy pan, nigdy nie widziany dobry znajomy, niezawodny towarzysz mojego dzieciństwa.



Tablica pamiątkowa na ulicy Karowej w Warszawie


Muzeum Żydowskie Galicja w Krakowie
 zorganizowało wystawę
"Szancer, wyobraź sobie". Wystawa odwiedziła już kilka polskich i amerykańskich ośrodków kultury, na 20września planowane jest otwarcie w Grybowie pod Nowym Sączem, w październiku można będzie zobaczyć tę ekspozycję w Starachowicach.
I krąży dalej, bo można ją wypożyczyć >>>klik

Kilka dni temu miałam przyjemność poprowadzić towarzyszące tej wystawie
klik, klik>>>warsztaty z dziećmi w pięknej bibliotece w Bieczu.



piątek, 9 września 2022

Robię weki.

 Każdy próbuje zatrzymać lato jak umie. Ja wekuję tak:


Robię foty. Na wakacjach noszę ze sobą płaską poduszkę, żeby uklęknąć na każdym wykrocie ze żwirem i szyszkami, no i zwijaną mini matę- czarne tło.
Na pierwszym planie kawałek mojej kiecki, który malowniczo nawinął mi się pod obiektyw. Hyc, zawekowałam!


Klęczę  tak i układam na tle, albo i samo się układa:







---------------------------------------------
I wiecie co?
 10 września mam urodziny, i dlatego  w naszym sklepie w ramki i na ścianę znajdziecie nowe druki w całkiem urodzinowych cenach. 

Lubicie czarnuszkę?
Zażyjcie trochę.










i coś dla uważnych:



wtorek, 9 sierpnia 2022

Słonecznik i inni




Znalazłam foty z procesu malowania







już, już wydawało mi się, że go mam, ale jednak ten kontrast żółto -granatowy zbyt nachalny i nużący, tarcza kwiatu za płaska, niewidoczny zupełnie  hipnotyzujący układ pestek.... No to przemyźgałam suchym pędzlem tu i ówdzie, dosmaczyłam tło rozszerzając gamę kolorów, przemalowałam środek coś 4 razy zanim uznałam że ok:




Mam też foty z malowania malw. W tym roku w mojej wsi prawdziwy festiwal tych kwiatów, a co jedna to ładniejsza!




Malwy mi się tak ludowo kojarzą, 
że zamarzył mi się dopełniający gamę pasiak.


Nie za duży, ot tak gdzieś mimochodem. Frajda użycia tej packi ze sklepu murarskiego była tak duża, że popasiaczkowałam jeszcze tu i ówdzie, o czym wkrótce... 




Mam tych kwiatuchów już kilkanaście. Sama nie wiem jeszcze co z nich będzie.
Ale - co sobie pomaluję to moje.