piątek, 15 czerwca 2018

W kółko to samo

Ojej, przepraszam chciałam edytować post a skasowałam.

A tu konkurs jest
Kto w komentarzu zechce opowiedzieć o swojej zabawnej KATASTROFIE, może wygrać:

1.oryginalną malutką Katastrofę:
gwasz na papierze Fabriano
2. najnowszy tom "Pan Kuleczka. Skarby" z imienną dedykacją i  kompletem naklejek





w tym jedną dużą, którą nakleić można za zeszyt wydatków domowych, albo i zeszyt od fizyki , jeśli ktoś jest tak bezczelnie młody. 

...

Ja swoją nakleiłam na terminarzu prac:






A tu nowość, nasi Słowaccy sąsiedzi polubili Pana Goulockę tak że mamy oto drugie wydanie i szykuje się drugi tom:



Radio RMF na dzień dziecka przygotowało słuchowisko, które można ściągnąć sobie
>>>STĄD


To co, bierzecie udział w konkursie?
Termin do północy z 24 na 25czerwca, w komentarzu opis zabawnej katastrofy
i fanty ( oryginalny malunek gwaszem na papierze i najnowszy kuleczkowy tom z naklejkami)  mogą być Wasze! Fajnie będzie, dawajcie Szeherezady Wy moje najmilejsze!
Gafy, wtopy, nieporozumienia, zbiegi okoliczności, komedie omyłek, przeinaczenia,wyniki sklerozy, mentalne poślizgi na skórce od banana...

Czekamy ufnie z Katastrofcią!

70 komentarzy:

  1. Na litość Boską, to niesprawiedliwe ze wszech miar i wreszcie wykrzyczę to w Internetach. Ja pożadam, ja pragnę, ja rządam, ja muszę, ja się uduszę, umrę, zejdę jesli nie wygram tej KATASTROFY! I to będzie KATASTROFA, bo świat mnie straci bezpowrotnie (tak, wiem, pyszna ta pycha! ;)). Ale jak wygrać ten katasrofalny konkurkurs, jak tu zaraz wskoczy milion literackich Zdolniach???

    Elu najdroższa na świecie - zlituj się nad bezwyobraźniowcami i zrób kiedy najprostsze w świecie losowanie z... moimi tylko losami!

    Bardzo (z góry???) po-dziękuję

    Rien

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żądam pisania żądam przez ż z kropką- chyba że to gafa konkursowa...

      Usuń
  2. Zaraz, wyobraźnia- wyobraźnią- można zmyślać byle chwacko, ale nie przydarzyła Ci się w życiu żadna zabawna katastrofa?!
    Komedia omyłek?
    Nie strzeliłaś gafy po której chciała się zakopać w najbliższej piaskownicy i jeszcze zamaskować listowiem?
    Ktoś Cię źle nie zrozumiał i nie wypadało Ci tego odkręcić?
    No nie wierzę.

    W pamięci kop, nie w wyobraźni, a Katastrofa może być Twoja...


    OdpowiedzUsuń
  3. Dawno dawno temu, bo chyba już 16, był moj pierwszy dzień w nowej pracy. Swieżynka, beniaminek i panna sierotka dostała zadanie: odbierać telefony i łączyć z Szefową tylko wtedy, jeśli to absolutnie niezbędne, ważne i grozi zagładą ludzkości...
    Poznałam tego dnia wielu ludzi.
    Aż tu nagle...
    Kolejny dzwonek telefonu.
    Odsuwam krzesło, maszeruję do aparatu (Tak! Wtedy miałyśmy 1 telefon i 1 wspólny komputer hihihi, kto chodził do gimnazjum, nie uwierzy...) i odbieram. Klasyk: tu swieżynka w czym mogę pomóc tralalalala. Głos w słuchawce domaga się rozmowy z moją Szefową. No to relacjonuję jej wywód, że ów Pan prosi o rozmowę.
    - Ale kto to? - Drąży Szefowa...
    - Nie wiem, nie przedstawił się - odpowiadam i zaraz dodaję zapominając zasłonić mikrofon - Ale głos ma przystojny!
    Szefowa podchodzi, przejmuje ode mnie słuchawkę...
    -Mhm, dzień dobry Panie Dyrektorze...

    Aaaaaa! Niezła wtopa...
    Ale wiecie co? Pracowałam z tym Dyrektorem 11 lat. I zawsze się już odtąd przedstawiał kiedy ja odbierałam telefon :)

    Ekhhhmmm... jakby co przygarnę Katastrofcię <3

    OdpowiedzUsuń
  4. No kto by nie chciał Katastofci? Jako że jest idolką moich dzieci obowiązkiem moim jest dopomóc jej dojechać do swoich fanów
    Jeśli sprawy o Katastrofach/gafach są na tapecie to jedną z nich pamiętam doskonale
    Kiedyś mój wtedy 4-letni synek znalazł w domu monety Euro( dwie po 1 Euro). Spytał mnie co to jest więc odpowiedziałam mu że monety ale nie z naszego kraju. Chciał zaraz iść z nimi i siostrą do sklepu i coś kupić. Więc wytłumaczyłam mu jak się sprawy mają z takimi monetami, że u nas ich nie przyjmą tylko w kraju w którym obowiązuje ta waluta. Opowiedziałam mu że istnieje coś takiego jak kantor w którym to przyjmowane są pieniądze z innych krajów i wymieniają je na nasze. Synek od razu chciał iść do kantoru. Ale wytłumaczyłam mu że u nas nie ma no i raczej monet się nie wymienia. Ale zapytał:
    "Mamo ale można wymienić czy nie? Bo wtedy po co jest ten kantor?"
    Więc skoro powiedziałam już A trzeba było powiedzieć B
    Mówię:
    "Ok dzieci pojedziemy jutro do miasta zabierzecie swoje 2 monety pokażę Wam jak wygląda kantor , gdzie jest i będziecie mogli je wymienić.Dzieci uradowane czekały na następny dzień. Ot nowość w ich życiu wiec podekscytowanie było. Nastał ranek podjechaliśmy do miasta. Szukamy, jest kantor taki na uboczu mniej uczęszczany, umieszczony w jednym miejscu z fryzjerem i lombardem w środku nie widzę nikogo i zawahałam się wchodzić nie wchodzić, trochę głupio... no ale dzieci czekają, chcą sobie za wymienione pieniądze kupić resoraka bo akurat wystarczy im ;) więc cóż trzeba wejść.
    Weszliśmy i czekamy przy okienku z naszymi 2 Euro. Nikogo nie ma więc stoimy... Zainteresował się nami Pan z Lombardu:
    "Przepraszam czy chce Pani wymienić gotówkę w kantorze?"
    Ja (skrepowana): " Tak chcemy z dziećmi wymienić Euro"
    On: "Ten Pan wyszedł ale zaraz wróci proszę zaczekać zaraz go zawołam"
    Nagle słyszę jak Pan z Lombardu idzie do tylnego wyjścia i krzyczy na cały głos:
    "Zbyszek szybko chodź tutaj masz klientkę chce gotówkę u Ciebie wymienić, Euro chce wymienić śpiesz się bo nie będzie czekać !!"
    W tym momencie poczerwieniałam jak burak, no to mnie Pan zaanonsował, prawie jakby jakaś milionerka przyszła wymienić milion Euro na złotówki i szykował się interes roku.Chciałabym w tamtej chwili mieć ten milion żeby nie zawieść wszystkich zebranych tam osób (również od fryzjera) które patrzały na mnie i pewnie nie omieszkają zobaczyć prześledzić dalej tej scenki. Boszz że też mi się dzieci zachciało edukować. Ale widzę leci Pan Zbyszek z Lombardu i nie mogę się już wycofać bo mnie zobaczył:
    P.Zbyszek:" Ja bardzo Panią przepraszam że też musiała Pani czekać tyle na mnie, już siadam proszę słucham w czym mogę pomóc?"
    Ja: "Nic nie szkodzi chcieliśmy z dziećmi tylko Euro wymienić na złotówki..."
    P.Zbyszek: "Tak słucham ile to będzie Euro"?
    Ja: "yyyyyyyy dwa"
    P.Zbyszek : "Dwa tysiące tak?"
    Ja: "Nie nie dwa, dwa Euro w bilonie...."
    Nagle w pomieszczeniu zrobiło się jakieś gęste powietrze i taka cisza...
    P.Zbyszek (patrząc z politowaniem): "Wie Pani no bilonu to ja nie wymieniam.. ale chociaż bilon po 1 Euro? bo wtedy ewentualnie mogę się zgodzić..."
    Ja:" Tak tak mamy dwa razy po 1 Euro. bo Wie Pan my na samochód zbieramy...."
    P.Zbyszek (rozbawiony) : No to niestety niewiele się dołożę do tego auta.....
    Postanowiłam już zamilknąć, nie tłumaczyć nie pogarszać sytuacji bo wzrok wszystkich wlepiony był we mnie jak w zdrajcę walutowego haha
    Pan Zbyszek już bez entuzjazmu wymienił i życzył nam powodzenia w zbieraniu pieniędzy na samochód, dzieci szczęśliwe poznały tajniki wymiany waluty w kantorze i zakupiły autko. Pan Zbyszek choć nie krył zawodu moją wymianą walutową, do dziś dzień nie ma pojęcia że to auto to on w całości zasponsorował dzięki tej pamiętnej pewnie i dla niego transakcji...
    Ale dzięki tej przygodzie do dziś wspominamy ją i dzieci lubią słuchać jak ją opowiadam bo jej nie pamiętają ;)także Katastrofy w życiu mają ogromnie ważną rolę do spełnienia,pozostawiają zabawne wspomnienia !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. od razu przepraszam za długość ale nie było jak skrócić opowieści nie tracąc sensu ;)

      Usuń
  5. Dziękuję i poproszę o więcej!

    OdpowiedzUsuń
  6. Przyłączę się pozakonkursowo, bo Katastrofę z autografem już przytuliłam. :)
    Było to w zamierzchłych czasach kiedy moje starsze już nie-dziecko liczyło sobie niespełna dwa lata i było karmione piersią. Wzrost miał taki, że stojąc przede mną wyciągnąwszy ręce w górę łapał mnie akurat za biust. Poszłam kiedyś do znajomej, która prowadziła punkt usługowy, na ploteczki. W trakcie rozmowy wszedł Pan, taki całkiem-całkiem i przywitał się grzecznie wyróżniając mojego syna oddzielnym cześć. Wtedy jeszcze-dziecko się zawstydziło zrobiło zwrot w tył i cabas matkę za cycki. Spiekłam raka, a Pan z rozbawieniem skomentował: Sam bym tak chciał.
    Z perspektywy dzisiejszych wydarzeń w świecie ta historia chyba nadaje się na #MeToo. Tylko nie wiem kogo miałabym zgłaszać, Pana czy dziecko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze, że mu przeszło. Bo przeszło?

      Usuń
    2. Ale komu? ;) Pana więcej na oczy nie widziałam. Dziecko ma 23 lata i nie łapie mnie za biust już od dawna.

      Usuń
    3. :)) z historii "z piersiami w tle" przypomniało mi się pewne wydarzenie z rodzinnego przyjęcia. Mój małżonek ma szarmancki zwyczaj całowania kobiet w rękę...jedna z ciotek, hojnie obdarzona przez naturę w kwestii biustu, chciała przywitać się z nim zwykłym podaniem ręki i całusem w policzek. To były ułamki sekund, nie zrozumieli swych powitalnych intencji...i oczom wszystkich gości ukazał się obraz głowy małżonka mojego zatopionej w biuście ciotki.

      Usuń
    4. Dobrze, że ciocia nie zadusiła. Taki obfity biust potrafi odciąć dopływ tlenu.

      Usuń
    5. Gdy tak pomysle... mialam raz podobny stopien niezsynchronizowania z kolezanka z pracy. Odchodzila z tejze, ja niedawno zaczelam, roznilysmy sie wzrostem i przy usciskach na pozegnanie (ona) i sciskaniu prawicy (ja) nagle okazalo sie w tej szamotaninie, ze moja dlon spoczywa na jej biuscie. Krepujaca chwila. Nastapilo po niej w kolejnych dniach kilka nieoczekiwanych zaproszen na wspolne wyjscia do pubu, ktore zignorowalam, bosmy sie przeciez kompletnie nie znaly. Po latach, mysle, ze moze mialo to jakis zwiazek z tym, ze ona jest od roku lub dwoch szczesliwa zona swej partnerki 😄

      Usuń
    6. Kaczka-uwodzicielka. Rozkochuje i rzuca. A co!

      Usuń
    7. Kapeluszniku, kapelusze z głów :D

      Usuń
    8. Ależ uchylam, uchylam z podziwem.

      Usuń
  7. Elu, ja dzielę katastrofy na ludzkie i nieludzkie (tak jak zdjecia) ha ha ha czyli z udziałem Homo Sapiens i bez. Celuję w tych pierwszych na nieszczęście ech. Długo w rankingu katastrof prowadził pierwszy dzień w mjej pracy, gdy pomyliłam zakonników i pewna, że mówię do znajomego walęnłam: - Co się Ojciec tak szczerzy, ale jak sie odwrócił okazało się że to mój nowy szef, Jego Wysokość Rektor he he he. Jednak nastapiła kolejna katastrofa, gorsza, gdy na weselu rodzinnym, spotkałam dawnego znajomego z mamą jak pomyślałam. Co mnie podkusiło, że to wypowiedziałam???? Po co pytać kogoś czy mamą? Zwłaszcza, że była .... żoną :) Nie znany był mi jeszcze wtedy Macron aaa Pytanie to nic, ale każdy miał wyznaczone miejsce i ...ja i ona obok siebie siadamy. Cóż było robić, trzeba było to odkręcić, żeby kobieta się nie dołowała. Więc dawaj, jedna butelka, czysta, druga, i bach moja gadana, nawijam makaron na uszy aż huczy i co? Ufff no i odkręciłam, że to nie o nia pytałam, że pomyliła, że nie zrozumiała, że to tamta znajoma i nieznajomy ha ha ha, spaliłam wtedy więcej kalorii wgadaniu niż w tańcu. Pod koniec byłyśmy przyjaciołkami. Obiecałam sobie deskę z napisem "Ty się nie odzywaj" ale jeszcze jej nie zrobiłam wiec kolejna katastrofa międzyludzka na pewno gdzies juz czyha :D A przy niej taka miedzygalaktyczna to pestka aaaa Służę uniżenie gdyby ktoś miał na katastrofy zapotrzebowanie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Auć, auć , auć znam- nie tyle Twoją znajomą z wesela, jeno ten ból. Wynajmowaliśmy kiedyś pokoje gdzieś w na północnych rubieżach naszej pięknej Ojczyzny, oprowadzał nas właściciel. Wiele pięknych precjozów, bardzo złote kinkiety, firany i falbany, panele, boazerie z falbaną, plastikowe marmury- widać ze ktoś bardzo przejął się serialem Dynastia. W centrum na wprost schodów amatorski ale wielki portret dostojnej kobiety, pan aż zatrzymał się olśniony, położył rękę na sercu, westchnął, odchodził, ale nie, nie mógł oczu oderwać, no to ja czujnie- a czyj to obraz? Na co pan dumnie -Sam malowałem! Na co ja- MAMUSIA? Jaka piękna!

      Pan patrzy na mnie, na obraz, na mnie, na obraz i mówi głucho z okiem matowym:
      -To moja żona.

      Z rozpaczy chciałam się natychmiast spłukać w rokokowej różowej toalecie.

      Usuń
    2. zawsze czułam jakąś wspólnotowość z Tobą ha ha ha a więc rada: tak szczerze ... nie szczerzmy się w niewyjaśnionych okolicznościach ha ha ha

      Usuń
  8. Przyjdę ci ja z historią z rodzinnego archiwum. A było to tak:

    Wysłałam Wiewióra do sklepu po banany, wszak dzień bez banana jest w życiu Grudki dniem zmarnowanym. Po dwóch minutach Wiewiór wraca i mówi: "Zapierdzielili mi rower".

    Spod domu?! Naprawdę? Sielankę mojej wsi zepsuto Brakiem Bezpieczeństwa Instant.

    No żeż z kur rosół na boczku!

    Pierwsza fala szoku zostawiła Wiewióra z silnym imperatywem, by pojechać do Dużej Wsi na dworzec i sprawdzić tamtejszy postój dla dwukołowców. Nie kwestionowałam racjonalności tego postulatu. Wariat może mieć szczęście. Pojechał samochodem, który w piątek pożyczył od koleżanki z pracy (wszak nasz u mechanika).

    W tym czasie zdążyłam znaleźć koordynaty najbliższego posterunku policji, skonsultować z Norweskim (tak, ten od Kaczki) kolejne kroki, przeszukać archiwa w poszukiwaniu danych skradzionego wierzchowca i ułożyć w głowie mowę ostrzegawczą dla sąsiadów.

    Tymczasem Wiewiór....

    Wiewiór pojechał na dworzec we wsi obok. Przeszukał CAŁY rowerowy postój i... o kurze guano! znalazł swój rower! Zaparkowany w tym samym miejscu, w którym Wiewiór zawsze parkuje. Dziwne. Pochylił się, otworzył zamek SWOIM kluczem... I zaczął prowadzić w stronę domu. Prowadzi, prowadzi i myśli.... no co za zbieg okoliczności, że zaparkowały skunksy poczochrane dokładnie w tym samym miejscu, co on parkuje. W sumie jak był młodym Wiewiórem, też robił takie żarty, więc może był to żart. ....

    Dwa kilometry później: nastała światłość pod czaszką Wiewiórzą. W piątkowy poranek pojechał rowerem do wsi obok, zaparkował przy dworcu, pojechał pociągiem do pracy. Wrócił samochodem koleżanki. A rower od piątku rano tak tam stał. I stał.

    ----
    Ewentualną nagrodę obiecuję przekazać poszkodowanemu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorzuc na druga noge historie o chrzaszczu w placku dla burmistrza I zgarniasz pule 😂 #kwik

      Usuń
    2. Targa mi przeponą za każdym razem, gdy wspomnę tę historię!

      Usuń
  9. A – Absolutna tajemnica ( czyli szereg katastrof nie do zdradzenia)
    B – bardzo szybki powrót z Olsztyna do Warszawy taksówką za ciężkie pieniądze po telefonie z pracy „masz na zajęciach dziś 20 osób zapisanych”… i udawanie, że pamiętam o zajęciach i będę oczywiście na czas.
    C - całą noc przed spotkaniem autorskim pisać „Monika Szumowska, Monika Szumowska, Monika Szumowska nie przedstaw pani Małgorzata Szumowska” i oczywiście … i co? I poszło : Gościmy dziś panią Małgorzatę Szumowską
    D – dzień przed maturą pójść na wernisaż, trzymać kieliszek wina i natknąć się na panią dyrektor szkoły.
    E – entliczek pentliczek – czyli zdolność do zapętlania wszystkiego
    F – faux pas – moje drugie imię
    G – głupiego telefonu używać. Sms „pracuję nad swoją punktualnością” zmieniony na „pracuję nad swoją seksualnością” wysłany. Do osoby wcale nie bliskiej.
    H – nienawiść do h i ch i publicznego zapisywania wyrazów z tą literą
    I - i to nie koniec
    J- Joga, pierwsze zajęcia, dziwna niepasująca rozgrzewka, po 20 minutach okazuje się, że to Judo a nie Joga.
    K – katastrofa moje trzecie imię
    L – Sporządzanie listy zaproszonych gości i Passend zamiast Passent (śni mi się to po nocach do dzisiaj aminęło jakieś 5 lat, dodam, że nazwisko dobrze mi znane od zawsze)
    Ł - łyżwy ukochane zostawić w autobusie
    M – Mama – wysłać życzenia na dzień matki 26 kwietnia wieczorem z przeprosinami, że tak późno.
    N- nie dodzwonić się do kogoś i nagrać mu na pocztę głosową coś czego absolutnie i pod żadnym pozorem nie powinien usłyszeć.
    O – olbrzymią siatę prezentów gwiazdkowych dla krewnych i znajomych królika zgubić. ( dzień przed wigilią)
    P – pojechać do Płocka na wystawę o Agnieszce Osieckie z tym że wystawa zakończyła się miesiąc wcześnie.
    R - rower zgubić, zapomnieć gdzie się go zostawiło i już nigdy nie odnaleźć
    S – Spytać o drogę do morza w mieście gdzie tego morza zupełnie nie ma.
    T – Tort urodzinowy na prowadzonej imprezie wnosić pełnym głosem powiedzieć „Zuziu, pomyśl sobie życzenie…” i usłyszeć od koleżanki „To nie jest Zuzia, Zuzia siedzi tam”
    U – Urwany film – po silnych lekach nasennych napisać maila do pani promotor. ( to nie był zrozumiały mail, na szczęście pan doktor cudownie wyrozumiała)
    W - wejść do autobusu z pełnym workiem na śmieci
    Z - Zapominanie… miliard „zapomniałam” i pożarów mniej lub bardziej ugaszonych

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dac jej trzy Katastrofy!!! Choc mozliwe, ze wszystkie zostawi w autobusie 😄

      Usuń
    2. Ukamieniować!!!! Tfu, UKORONOWAĆ!!!
      Ja chcę poznać a.!!!! :D

      Usuń
    3. Rechoczę!! Oraz wyczuwam siostrę w królestwie cudownie rozkojarzonych!

      Usuń
    4. a! Siostro! Kiedyś SMSa do męża o treści : Kup cocę i wracaj szybko! ( jestem bowiem uzależniona od tego moczu szatana coca-coli) wysłałam do Pani Wydawczyni.

      Usuń
    5. Buchachachacha!wiadomo, artysta na uzywkach i dopalaczach!

      Usuń
    6. "Coca cola to jest to" skoro sama Osiecka tak pisała...

      Usuń
  10. Dorzucę anonimowo historię miłosną w jednym akcie...lat naście mając, wzdychałam do chłopca ze starszej klasy, który oczywiście nie był świadom mojego gorącego uczucia, bo bardzo nieśmiałe dziewczę ze mnie było. Nadeszła długo oczekiwana dyskoteka szkolna. Wielki plan: by chociaż z nim porozmawiać, scenariusze dialogu, wybór tematów do rozmowy, ćwiczenie uśmiechów przed lustrem, całe to wielomiesięczne przygotowanie...i jest - puścili "wolnego", uśmiecham się aż do nerwowego grymasu, zauważył...idzie, prosi mnie do tańca...nogi mam jak z waty, serce mało co nie wyskoczy! Tańczymy w milczeniu a on pierwszy się odzywa (ufff), że już wcześniej mnie zauważył, że mu się podobam, że chciał do mnie podejść i zagadać ale jest nieśmiały i właśnie z wielkim trudem to przezwyciężył...a ja mu na to: "jestem godna podziwu". Małe przejęzyczenie. Kurtyna. Wiadra łez.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O w mordę. Jestem Twoją idolką!!!

      Usuń
    2. Jak dla mnie, to Twoja wypowiedz byla jak najbardziej na miejscu i w pelni prawidlowa :D :D :D

      Usuń
    3. Dziękuję "diable-w-buraczkach" :) patrząc z tej perspektywy ta historia ma Happy End ;)

      Usuń
  11. Dorzucam swoja sztandarowa wtope, choc konkurencja silna.
    Bylo to na poczatku stulecia.
    Bronilam swej dysertacji o poranku, ale bylo nas wiecej, wiec sprawa sie przeciagala, a uroczyscie dretwy obiad z Rada Wydzialu przewidziano dopiero na pozne popoludnie. Co wiecej, w budynku, w ktorym trwaly obrony nie bylo bufetu, czego nie przewidzialam w swoich planach. I tak oto godzina wczesna, obrona odhaczona, przede mna piec godzin o suchym dziobie i ani jednej Biedronki w promieniu pieciu kilometrow, zeby chocby sobie sucha bulke kupic.
    Takoz, gdy wreszcie dotarlismy na miejsce, gdzie wydawano ten obiad, konalam z glodu i o niczym innym nie myslalam jeno zeby jak najszybciej podali chocby przystawki.
    A tu masz ci los! Toasty! Przemowy! Lzy wzruszenia promotorow! Podziekowania dysertantow!
    Haaaaaaaaalo! Tu sie z glodu umiera! Ludzie dajcie zyc!
    Rozgladam sie, a w glowie mam tylko fatamorgany! Pieczone prosieta z jablkami w ryjach, sceny z uczt rzymskich cezarow i wszystkie odcinki programow Maklowicza oraz inwentaryzacje polek oddalonej o tysiac kilometrow domowej lodowki.
    A tu nagle cud! Modlitwy wysluchane! Kelnerzy zaczynaja wnosic jakies polmiski na stoly, a na tych polmiskach, miedzy innymi, sery krojone w kostki!
    Jestem uratowana!!!
    Kostki serow takie na jeden zab. Mysle: wystrzele jezyk jak kameleon w strone muchy i lykne po jednym kawalku goudy! I dotrzymam do konca, bo jeszcze dwoch prodziekanow w kolejce do ambony!
    Jak postanowilam, tak uczynilam. Pochwycilam zwinnie dwie dorodne kostki sera i wepchalam je sobie do ust.

    ... po to, aby po sekundzie sie zorientowac, ze to bylo MASLO!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kwiiik! Za to obrona z pewnością poszła gładko jak po maśle!

      Usuń
    2. Kaczka w maśle na obronie.

      Usuń
  12. Mam mnóstwo katastrof na swoim koncie! Na przykład gdy tańczyłam na balu maturalnym, na który założyłam złote pończochy mojej mamy - nie mając bladego pojęcia, że jest do nich potrzebny pas. W czasie chodzenia jakoś się trzymały, ale przy podskoku spadły. Obie na raz. Albo gdy upiekłam ciasto z rabarbarem dla miłości mojego życia (która trwała jakieś dwa tygodnie, też było to wieki temu) i wsypałam do niego resztkę mąki z milionem wołków. One zaczęły się ruszać, więc je starannie odławiałam. Trwało to wieczność. Ciasto upiekło się pięknie (na wszelki wypadek postanowiłam go nie tykać). Zaniosłam je na próbę przedstawienia teatralnego, gdyż mój wybranek - podobnie jak ja w owym czasie - należał do amatorskiej trupy. Położyłam na krześle (bo stołu w sali prób nie było). I gdy ten przepiękny mężczyzna, mój ukochany, wygłosił swoją kwestię: "Więc pytam, skąd tyle tej krwi? Skąd tej czerwieni diabelskiej tyle?!" - postanowił chwilę odpocząć (deklamowanie jest wyczerpujące) i klapnął na krzesło. Wiadomo, które. Największą katastrofą jest jednak to, że dziś, po 30 latach nie poznaje mnie na ulicy. Inna katastrofa, większa od dwóch poprzednich: gdy w "wypożyczonym" od znajomego znajomego (którego osobiście nie znałam) mieszkaniu w Paryżu postanowiłam poćwiczyć jogę. A że było bardzo gorąco, robiłam to na golasa. I nagle zachrzęścił klucz w zamku... Nie, to zbyt straszne, nie powiem do końca, ale możecie sobie wyobrazić. Inna wtopa: wątróbka w sosie malinowym podana bardzo eleganckim gościom (postanowiłam skopiować potrawę podaną mi kiedyś przez kucharza w Wersalu). Okazało się, że ona nie znosi wątróbki, a on ma uczulenie na maliny. Tak, dziś przyznaję sama, że to było ryzykowne danie. Ale chyba nic nie przebije poczucia klęski i wstydu, którego doznałam w wieku 15 lat, gdy mój młodszy braciszek Karol (rudy) wszedł do pokoju, gdy kolega mi tłumaczył matematykę i oświadczył: Ale wiesz, że ona to umie? Ona się tylko w tobie kocha...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rany, zmiłuj się kobieto. Jestem w pracy. Nie mogę głośno rechotać.

      Usuń
    2. Ale to chyba taki ukryty fart, ze jednak klapnal w placek a nie ze mu wolek w gardle stanal! Opatrznosc stala na strazy!

      Usuń
  13. czytam i płaczę :D jak dobrze być w takim gronie, to pocieszające he he he to na uśmiech, poza podium dodaję jeszcze:
    - pokierować rodzinę wuja z dalekiej wsi, na ślub siostry zamiast do Tyńca to na Bielany, środek zimy, drugi dzień Świąt, jakże byli zdziwieni że tam głucho i nikogo
    - zatrzasnąć starą dobrą skodę na tzw. ruchu z kluczykiem w stacyjce na pełnym baku, nauczyć się jak się tam dostać i ... na drugie dzień zrobić to samo aaaa
    - rozmawiając na przyjęciu tanecznym z wysoką jak i ja kuzynką, walnąć na widok małego faceta co wciąż koło nas dreptał: - Ania, co sie ten kurdupel tak przywala? Na co Ania: - Agata, poznaj, to Maciek, mój narzeczony .......... Kurtyna
    jak mi pamięć wróci to jeszcze może coś się dorzuci ha ha.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie intryguje czy kurdupel został małżonkiem i teraz musicie się wdzięczyć di siebie na rodzinnych imprezach?

      Usuń
    2. Och, jeszcze kiedyś zgubiłam kubek z kawą w mieszkaniu (dosyć często mi się to zdarza). A gdy wybiegłam do pracy, to okazało się, że schowałam go do torebki.

      Usuń
    3. Kapeluszniku, donoszę, że został mężem i owszem, zachowujemy zdrowy dystans, przynajmniej stołu :D

      Usuń
    4. Dystans równy różnicy wzrostów osób zdystansowanych?

      Usuń
  14. A - no i to jest cudza gafa. Pewna pani sekretarka w Centrum Olimpijskim dostała do wydrukowania nazwiska i adresy na koperty z zaproszeniami na bardzo elegancką imprezę. Miały dotrzeć do ministrów, dawnych olimpijczyków, celebrytów, itp. itd. Z tym, że przy pierwszym podjeściu coś się nie chciało napisać czy wydrukować i ona zrobiła wersję próbną na "Marzannę Dziubdziulińską" (tak se wymyśliła). Maszyna się odblokowała, wszystko pięknie się wydrukowało a potem wysłało pod wskazane adresy, tyle że przed każdym (właściwym) imieniem i nazwiskiem była ta Marzanna Dzubdziulińska. I tak: Marzanna Dziubdziulińska Prezydent Bronisław Komorowski, Marzanna Dziubdziulińska Zbigniew Boniek - i tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla Justyny B. i tysiac Katastrof to za malo! Bede tu wracac w obliczu wszelkich klesk zawodowych i spolecznych.
      Inni to dopiero miewaja gorzej :P (to pisalam ja kaczka)

      Usuń
    2. O matko! O matko! Kwiiiiik!!!!

      Usuń
  15. Historia kochanej teściowej - ja tylko przytaczam- wnuki ma...
    Dawno, dawno temu ,już jakiś dłuższy czas po ich ślubie , krążył po miasteczku wędrowny fotograf. Dowiedział się jakoś, że „ niedawno” brali ślub - więc zapukał - i z progu rzucił do teściowej:
    - Dzień dobry! Czy są młode?
    Domyśliła się,że chyba pyta o nią i męża; pomyślała że źle wygląda, że dziecko, praca, ale dopytała i że to o nich chodzi- propozycja jest - ślubny portret nad łóżko zrobić. Mąż w polu , ale przyszedł- nie chciał za bardzo, bo to trzeba się umyć , przebrać w ślubne ciuchy- no ale ten zaczeka no i teściowa bardzo chciała.
    No i zrobił, zaliczkę dostał i że za jakiś czas będzie gotowe.
    Trochę czasu minęło, wszyscy zapomnieli, a tu pan przyjeżdża i puk , puk ...
    - Dzień dobry! Gotowe!
    Męża akurat nie było- oprawione gotowe małżeńskie zdjęcie odpakowane i mała konsternacja...( wtedy zdjęcia trochę retuszowano, podciągano kontraścik)
    Teściowa: -No wie Pan... ja to jeszcze się rozpoznaję , ale proszę Pana, nie chcę Pana urazić , nooo -Mąż to do siebie raczej niepodobny
    A fotograf: - Tamten do Pani nie pasował!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Profesjonalista! :))))

      Usuń
    2. Pewnie! Takich profesjonalistów to juz dzsiaj nie ma, paaani kochana. Teraz to tylko "cyk" i gotowe zdjecie. Amatorzy, pfffff.

      Usuń
  16. No to jedziemy dalej: zgubiłam zegarek, przepadł i się był odnalazł po paru tygodniach w …. lodówce, jak tam trafił nie wiem do dzisiaj :D Mam też na koncie wypranie w zmywarce dwóch długopisów, też nie wiem jak tam trafiły, że uprzedzę. A jako dodatek nie własny a kuzynki dodaję podróż do Berlina. Tam pierwszy raz była, zatrzymała i zapamiętała nazwę ulicy by trafić z powrotem. Wraca i nie może trafić. W końcu pyta jakiegoś Niemca. ten się puka w czoło. Druga pani Niemka obrusza się jakby sobie z niej żartowano. Wreszcie trafia na młodego chłopaka, który jej łamaną angielszczyzną wyjaśnia, że zapamiętała napis " ulica jednokierunkowa" :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Czytam i płaczę z wpisów, mąż pyta czemuż, to mu czytam i mam zgodę na opis przedwczorajszej katastrofy. Myślę, że gdyby był podział na płcie, to w męskiej konkurencji byłby w czołówce: teściowie nad morzem, na stole dyrektywa: spryskać na mszyce róże. No to bach, mąż pryska, pod koniec pryskania czyta napis wytarty: Randup. Kurtyna. Jak wybić setkę róż dookoła domu to już wiemy. Teraz czekamy na powrót właścicieli, licząc, że zanim padną to my wyjedziemy. Znaczy róże nie właściciele, choć cholera kto wie … Polecam nasze usługi ogrodnicze jeśli ktoś gdzieś wyjeżdża :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trafił swój na swego. To taka katastrofa synergiczna. Roundup+róże = martwe róże i martwy ogrodnik. Ogród jak z rodziny Adamsów.

      Usuń
  18. Może jest jakieś antidotum? Wacikiem zebrać kropelki ...ojjj Ale komisja ma zadanie nie lada.
    Jestem godna podziwu. Masło. Kawa w torebce. Dziubdziulinska. Joga Judo.
    Co za cudowne miejsce!
    Nie tylko pase oczy. Ale je tez odrazu radośnie przepłukałam.
    Po za konkursem. Dać sie nieoczekiwanie rozsmieszyc podczas sluzbowej podróży, na miedzynarodowym lotnisku. No i parsknąć śmiechem stojąc na przeciwko kierownika, tuż po tym jak wzięłam porządny łyk piwa... To byla moja pierwsza delegacja...

    OdpowiedzUsuń
  19. Jako osoba bardzo na swoim punkcie wrażliwa co rusz przeżuwam jakieś upokorzenia. I choć ciągle brakuje mi dystansu to przecież 15 lat temu miałam go jeszcze mniej!

    No i otóż jestem sobie studentką czwartego roku, poważnom i elokwentnom i siedzę na wykładzie u profesora, którego sobie obrałam na promotora. Gdzieś tam w tle pisze się poważna praca, profesor jest z tych przez duże P, człowiek renesansu z horyzontami jak na stepach Akermanu, wysławia się jak mistrz mowy polskiej, powierzchowność francuskiego arystokraty filozofa - fular, plereza, te sprawy.
    Od razu mówię, że się w tym człowieku nie podkochiwałam, co jeszcze pogorszy sprawę, bo gdybym jednak, mogłabym próbować zmyć plamę na honorze fajnym biustem.
    Profesor wita się ze studentami; a co tam u państwa, dwa tygodnie się nie widzieliśmy, bo państwo bawili we Wrocławiu, NO I JAK BYŁO?
    Na to ja, pilna magistrantka z ambicjami:
    - Fajnie!
    Wszelako już gdy A pchało się przez me usta, zobaczyłam w oczach mojego mentora takie przerażenie, taki dysonans poznawczy zazgrzytał mu pod wąsem a w mojej głowie rozległ się taki alarm i taki zapanował tam chaos, że to A... zdawało się nie mieć końca i choć trwało tak długo, nie wymyśliłam nic mądrego, toteż "...jnie" opadło na dno sali z swoim haniebnym ciężarem.

    Nikt nic nie zauważył, zdało mi się zresztą, że wszyscy na ten moment zniknęli.

    Chyba jeszcze coś tam bredziłam, że doprawdy, mieliśmy szczęście, że zdążyliśmy jeszcze przed zamknięciem do Muzeum Narodowego, że coś tam, profesor słuchał uprzejmie i z przemiłym uśmiechem podsumował:
    - Cieszę się, że był to dla państwa FAAntastycznie spędzony czas.

    Podobno tylko ja słyszałam to przydługie faaa..., którym profesor zarżnął mnie w białych rękawiczkach.


    Dziękuję za uwagę.

    OdpowiedzUsuń
  20. W szranki nie staję, nie śmię, ale podziękować chciałbym za dobry humor od rana :D Bo cóż to w sumie jest, wieźć 4 rowery na rodzinną wyprawę, by po paru godzinach jazdy musieć skorzystać z wypożyczalni, bo klucze od zapięć zostały na stole w domu.

    OdpowiedzUsuń
  21. Tak było...

    Katastrofa przyszła dziś niespodziewanie,
    gdy mierzyłam swoje wiosenne ubranie,
    spodnie i bluzeczkę, żakiecik w komplecie…
    Wszystko jest za ciasne! Nie wejdę w to przecież!

    Próbowałam wciągnąć tu i ówdzie brzuszek,
    żeby nie wyglądać jak mały pączuszek,
    lecz na nic starania ani mój wysiłek,
    nie założę przecież sukienki na siłę!

    Miałam elegancka być oraz wytworna,
    a wyglądam jak jakaś maszkara potworna…
    jak ja się pokażę na ważnym bankiecie,
    gdy przez fałdki, wałki, kiecka mnie wciąż gniecie?

    Katastrofa! Klęska! Prawie koniec świata!
    Wolałabym chyba być strasznie pryszczata.
    Muszę na zakupy pójść natychmiast, zaraz
    i o większe ciuszki szybko się postarać.

    Gdy szczęście dopisze, to zdążę na czwartek,
    jak dobrze, że sklepy dziś dłużej otwarte!
    Popędzę szybciutko przez wstrętne roztopy,
    żeby na bankiecie nie zaliczyć wtopy.

    OdpowiedzUsuń
  22. Katastrofa bedzie gotowa, jesli dzisiejsza niedziela to ta niehandlowa 😁

    OdpowiedzUsuń
  23. Trochę poza konkursem, bo byłam jedynie świadkiem poniższej sytuacji:
    Koleżanka w pracy umówiła się z klientem - Cezarym Nowakiem. Wreszcie klient przychodzi.
    Cezary Nowak: Dzień dobry!
    Koleżanka: Dzień dobry, panie Cezarze!
    (a ja szybo zwrot na pięcie, żeby klient nie zobaczył, jak bezgłośnie ryczę ze śmiechu, bo przecież mógłby sobie pomyśleć, że to z niego).

    OdpowiedzUsuń
  24. Albo dobra, jeszcze jedna scenka, z ostatniego piątku.
    U mnie w domu rozpoczyna się pokaz kosmetyków. Prezenterka rozdaje zebranym piękne firmowe lustereczka, takie w sam raz do torebki, i mówi: A to lusterka dla pań.
    Ja na to: Och, to świetnie, przyda mi się takie.
    Prezenterka: Ale to są lusterka tylko na czas pokazu, potem trzeba je zwrócić.
    Ja: Eeee... Ekhm... No jasne, Eeee... Oczywiście, to zrozumiałe. Eeee.. Ekhm...

    OdpowiedzUsuń
  25. I jak tu wybrać- sami powiedzcie , no...

    OdpowiedzUsuń
  26. Jak tak spojrzałam po raz kolejny na Katastofcię ze szklaneczką, to bardzo jednak przypomina się ta moja katastrofa towarzysko-służbowa...
    Uslużnie podsuwam.:-)

    OdpowiedzUsuń
  27. Poza konkursem, bo się spóźniłam (!!!). Dużo tego było, i to, nota bene, prawie same historie z PKP... Tak mi się przyjemnie czytało te wszystkie fopy, co to niczem z mego życia wyjęte, że sumienie każe mi się odwdzięczyć. Oto stosunkowo świeża anekdotka. Mam ci ja na stanie wygadaną dwuipółlatkę-barda. Głos z offu na wysokości 90 cm. Gada proszona a nawet nieproszona, przy czym to drugie jakby bardziej i zdecydowanie głośniej. Na szczęście nasze domowe języki wymagają tu tłumacza, a języka tubylczego młoda nie opanowała jeszcze na tyle, żeby nie dało się jej uwag w procesie cenzu... tłumaczenia, nazwijmy to, zawoalować. Dlatego nieznane mi było publiczne oblewanie się rumieńcem z powodu dzieci. Ale przyszła kryska. Poznań, toaleta w centrum handlowym. Ja z moją niestrudzoną narratorką w jednej kabinie, do kabiny obok ktoś wchodzi. NARRATORKA (forte): Mamo, ktoś tam wszedł. JA: Yhm. NARRATORKA: Kto to może być, mamo? Może jakiś pan? JA: Nie, to na pewno nie jest pan. Jesteśmy w toalecie dla pań, panowie tu nie wchodzą. NARRATORKA: A co ta pani tam robi? O! Co ja usłyszałam? Czy to było plums?!?

    OdpowiedzUsuń