Pogoda taka, że człowiek rozważa, czy się nie przywiązać do masztu (nogi od biurka) póki jeszcze chlupocze w nim ta odrobina rozsądku. Słońce świeci, ptacy świergolą, motyle latają, ziemia pachnie, krokusy kwitną, pewnie lada dzień eksplodują te dziadygi -łodygi-forsycje. Jeśli potrwa to dłużej, ludzie się zaczną do siebie uśmiechać na ulicy, czy coś.
Zwykle uśmiecham się do nieznajomych, albo ot tak do własnych myśli, co czasem rodzi nieporozumienia. A to jestem wzięta za ulubioną koleżankę z kolonii w Radomyślu z Roku Pańskiego 79, a to za siostrę kolegi, za Miśkę, jak Boga kocham Miśkę!, a to ktoś poufnym szeptem w kolejce wyznaje, że widział wszystkie moje filmy polskie i zagraniczne, albo chce mi sprzedać okazyjnie rodowy, szczerozłoty ( he, he) sygnet.
Wchodzę ci ja kiedyś do Apteki z papierową teczką w której drzemią jakieś rysunki i ksera, no i z bananem na licu. Mówię dzień dobry. Pani Magister milczy, milczy, mruży oczy i patrzy na mnie badawczo, zza szklanej tafli i okularów. Podchodzę do okienka i zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, Pani mówi twardo -NIC OD PANI NIE WEZMĘ! Ja na to inteligentnie odpowiadam czymś na kształt - EEEEeeee???? - NO MÓWIĘ PRZECIEŻ, NIE MA KIEROWNICZKI, NIC OD PANI NIE WEZMĘ!
-Aaaaspirynę poproszę. -Rozpuszczalną. Mówię łamiącym się głosem sarenki Bambi i wychodzę z podkulonym ogonem.
Tak się kończą wiosenne szaleństwa. Mówię Wam, trzeba przywiązać się do masztu i być głuchym na podstępne wabienie awiofauny!































